Pentagon prowadzi dyskretne rozmowy dotyczące możliwego wycofania amerykańskich sił z Bliskiego Wschodu. Zmiana ta miałaby być jedną z najbardziej radykalnych w amerykańskiej strategii bezpieczeństwa od dwóch dekad. Pomimo trwających działań militarnych w regionie, w tym irańskich ataków na bazy w Jordanii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, amerykański aparat bezpieczeństwa przygotowuje się do strukturalnego odwrotu, który miałby nastąpić po zakończeniu wojny z Iranem.
Wśród powodów zmian wymienia się nie tylko zmęczenie „wiecznymi wojnami”, ale także konieczność dostosowania się do nieprzewidywalnej doktryny nowej administracji oraz rosnące koszty utrzymania infrastruktury wojskowej, która przestała gwarantować bezpieczeństwo.
Problemy z utrzymaniem baz i zmiana modelu obecności wojskowej
Obecnie w regionie stacjonuje około 50 000 amerykańskich żołnierzy, dwie grupy lotniskowców oraz ponad tuzin niszczycieli rakietowych. Pentagon rozważa redukcję personelu, co ma być nie tylko ruchem taktycznym, ale także próbą przygotowania się na decyzje nowego prezydenta, który nie przedstawił jeszcze jasnej strategii powojennego ładu.
Stałe bazy wojskowe w regionie, które miały być symbolem trwałej obecności USA, są coraz częściej celem precyzyjnych ataków dronów i rakiet. Przykładem jest placówka CIA w Rijadzie, która została skutecznie zniszczona podczas irańskiego ataku, co wpłynęło na lokalne zdolności operacyjne. Uszkodzenia odnotowano także w bazach w Bahrajnie, Katarze i Kuwejcie.
Jules „Jay” Hurst III, kontroler finansowy Pentagonu, wskazał, że resort nie zna ostatecznej kwoty potrzebnej na naprawy, a także rozważa, czy w ogóle podjąć się odbudowy tych instalacji. W Departamencie Obrony rośnie konsensus, by koszty rekonstrukcji i utrzymania przenieść na państwa gospodarzy. Jest to powrót do modelu burden sharing. Wiele z tych baz zostało pierwotnie sfinansowanych przez kraje Zatoki, jednak obecnie USA odmawiają pokrywania nawet kosztów bieżącej konserwacji i napraw po atakach.
Nowa doktryna i zmiany w strategii operacyjnej
W odpowiedzi na zagrożenia ze strony nowoczesnych systemów bezzałogowych, Pentagon i CIA opracowują nową doktrynę, która zakłada odejście od stałej obecności na rzecz elastycznej rotacji personelu. Personel miałby stacjonować w USA i być przerzucany do regionu jedynie na czas konkretnych misji.
Planowane jest także przenoszenie krytycznych instalacji głęboko pod ziemię, co ma być odpowiedzią na ograniczenia konwencjonalnej obrony przeciwlotniczej wobec masowych ataków dronów.
Admirał Daryl Caudle, Chief of Naval Operations, stwierdził, że personel nie wróci w najbliższym czasie do Bahrajnu, gdzie znajduje się historyczna baza V Floty. To oznacza, że najważniejszy port operacyjny marynarki wojennej na Bliskim Wschodzie pozostaje de facto opuszczony.
Wojna z Iranem kosztowała amerykańskich konsumentów 100 miliardów dolarów w postaci wyższych cen energii. Kwota ta wzrasta o milion dolarów mniej więcej co dwie minuty, według szacunków Uniwersytetu Browna, cytowanych przez portal Axios.
Zmiana strategii USA na Bliskim Wschodzie ma również wymiar finansowy i rynkowy. Redukcja stałej obecności V Floty w strategicznych punktach, takich jak cieśnina Ormuz, podniesie koszty ubezpieczeń transportu morskiego. Inwestorzy muszą liczyć się z większą zmiennością cen ropy Brent, gdyż każde lokalne napięcie będzie dyskontowane przez rynek.
Przerzucenie kosztów obronnych na partnerów arabskich wpłynie na ich krajowe budżety, co może ograniczyć tempo cywilnych inwestycji infrastrukturalnych w regionie. USA przestają być bezpośrednim gwarantem status quo, stając się technologicznym i ekonomicznym zapleczem, które interweniuje tylko wtedy, gdy zagrożone są jego najważniejsze interesy.
Zmiany te oznaczają koniec ery amerykańskiej potęgi „na stałe” w regionie i początek nowego modelu precyzyjnego, ale zdalnego zarządzania sytuacją na Bliskim Wschodzie.

Komentarze
Linki do innych stron WWW w komentarzach są niedozwolone i takie komentarze są automatycznie odrzucane.